O psie, który dryfował na krze

data: 3 lutego 2010 (00:54:42)
kategoria: manipulacja,media,ogólne,refleksje,wydarzenia
tagi:
poziom: 0

O Balticu - psie, którego uratowano na Wiśle - mówi się niemal na całym świecie. Podkreśla się, jaki wspaniały gest uczyniła załoga statku. Przyznaje się im uznanie oraz nagrody finansowe. Jednak rzadko padają pytania dotyczące poprzedniego właściciela czworonoga. "Jak pies dostał się na rzekę?", "Gdzie był wtedy jego pan?" i budzące największe zainteresowanie: "Kim on jest?". Prawdy możemy się nigdy niedowidzieć, zwłaszcza, że za posiadacza pupila podaje się więcej niż jedna osoba. Niektórzy z dobrego serca, jednak zapewne większość - dla sławy i korzyści. Pies został pod opieką marynarzy, gdyż nie znalazł się nikt, kto by udowodnił, że to jego zwierzę. Jednak nawet jeśli by się ktoś taki pojawił, należałoby wstrzymać się z oddaniem zwierzęcia i przeprowadzić dokładne rozpoznanie. Czy to zdarzenie było tylko nieszczęśliwym wypadkiem, czy celowym "uchybieniem"? Nie etyczne jest bowiem oddawać wybawioną ofiarę powtórnie w ręce kata. Natomiast prawo kpi sobie z praw zwierząt i za znęcanie się lub zabójstwo grozi rokiem więzienia. Przy szczególnym okrucieństwu - dwoma latami. Tylko grozi. Wie coś o tym ostatni właściciel psa o imieniu Maks. Za przywiązanie go do drabiny i pozostawienie na pewną śmierć grożą mu… Cztery miesiące. Prokuratura nie doszukała się w tej sprawie "szczególnego okrucieństwa". Nie liczy się, że zwierzak konał powoli i w męczarniach, a sprawca mówi o swoim czynie swobodnie i bez skruchy. W końcu to tylko zwierzę. Jego rodzina nie będzie się włóczyć po sądach, a ono samo nie przemówi w swojej obronie. Niewiele mogą zrobić jego obrońcy, gdy przepisy uniemożliwiają wyznaczenie dostatecznej kary. W takich sprawach mogą posłużyć media. Rozgłosić sprawę, zainicjować bezkrwawą rewolucję, przełamać falę niemego przyzwolenia. Pomóc uratować dryfujących na rzekach ludzkiej bezmyślności i okrucieństwa. Jednak jeśli zainteresowanie społeczeństwa osłabnie i przyjdzie odwilż, a kry znikną, to już nie będzie czego ratować. Nie będzie komu wręczyć orderów i gratulacji. Pozostaną tylko ciche pamiątki na dnie, przypominające, że ktoś je tam kiedyś kochał, doceniał, potrzebował, a one odwdzięczały się z nieprawdopodobną ufnością.

ID wpisu: e465708 / trackback 3 komentarze

Święta

data: 24 grudnia 2009 (15:04:49)
kategoria: ogłoszenia,ogólne,z sieci
poziom: 0

Życzeń moc, karpi noc... Bla bla bla :P.

Święta to czas, w którym wskazówki naszych życiowych kompasów powinny zwrócić się w stronę rodziny i najbliższych. Dlatego życzę Wam spokojnych, magicznych i wyjątkowych Świąt w gronie bliskich Wam osób, aby każda chwila budziła uśmiech na twarzy. Abyście nie żałowali ani jednej chwili, ani jednego słowa, ani jednego gestu.

Maja :)

ID wpisu: e462064 / trackback Komentarze wyłączone

Przypowieść o podatkach

data: 23 grudnia 2009 (20:22:48)
kategoria: ogólne,refleksje
poziom: 1

Pewnego roku król postanowił podnieść podatki ludowi. Wysłał więc dobosza, aby obwieścił swoje postanowienie. Gdy posłaniec wrócił, zapytał się go, jak chłopi zareagowali. Dobosz odparł: Burzyli się, panie.. Po pół roku władca znowu postanowił podnieść pańszczyznę. Wysłał dobosza, a po jego powrocie kazał zdać mu relację. Dobosz odparł: Burzyli się, panie, gdyż ledwo wiążą teraz koniec z końcem.. Król pozostał niewzruszony. Mija kolejne pół roku, Pan znów zarządził podwyższenie podatków. Tym razem, gdy posłaniec powrócił, usłyszał taką relację: Panie, to dziwne, ale bardzo głośno się śmiali.. Król otworzył oczy ze zdumienia i odparł: To nie podwyższamy podatków. To znak, że naprawdę źle im się powodzi..

Śmiech ostatnim stadium rozpaczy.

ID wpisu: e461998 / trackback 3 komentarze

Barwy miasta

data: 30 listopada 2009 (18:24:13)
kategoria: bydgoszcz,ogólne,refleksje
poziom: 0

Świt. Budzę się nieśmiało, wypatrując pierwszych promieni słońca. Nie ma. Tylko blada poświata na widnokręgu. To wcale nie pomaga wyjść. Przełamuję się. Pojedyncze latarnie nieudanie imitują naturalne światło. Cisza. Zakłócają ją tylko rzadkie rozmowy, w oddali jedzie autobus. Powoli wtapiam się w tłum ludzi zaspanych, zmierzających do szkoły i pracy. Chłopak z plecakiem słucha muzyki, dziewczyna w okularach czyta książkę, a grupka uczniów nerwowo przegląda notatki. Spoglądam za okno, na drzewa i budynki we mgle. Na kolejnych przystankach pasażerowie przerywają swoje zajęcia, wysiadają. Też wysiadam. Przechodzę wśród ludzi śpieszących się, to czekających. Nikną mi z oczu w różnokolorowych autobusach, dużych i małych budynkach, w odległych uliczkach. Miasto budzi się do życia. Neony wykorzystują ostatnią chwilę, aby zabłysnąć. Afisze, wręcz przeciwnie, rozbudzają się gamą barw i sloganów. „Kup mnie!”, „Jestem najlepszy!”, „Zobacz, jaka piękna pani mnie reklamuje!” - krzyczą. Przechodzę dość obojętnie między nimi, ot, element miasta. Można się przyzwyczaić, aczkolwiek pani faktycznie ładna. Słońce płata figla i razi mocno w oczy. Oświetla żółto-czerwone liście drzew, oświetla budynki. Graffiti na budynkach też. Czarne bohomazy, imiona, nazwiska, prywatne preferencje. Skrzywiam się z niesmakiem, chyba nie rozumiem i nie akceptuję tego rodzaju „sztuki”. Docieram do celu. Wiem, że niknąc w budynku szkoły, dam miastu roztętnić życiem.

Popołudnie. Słońce jeszcze mnie wita. Niebo szaroniebieskie, zaciągnięte chmurami. Stratusami bodajże. Drzewa prawie nagie, pozbywają się odzienia. Liście pod stopami dekorują chodnik i kałuże, w których odbija się niebo. Ludzie mniej zabiegani, kotłujący jakąś dziwną wrzawę rozmów. Po asfalcie toczą się pojazdy. Czerwone, niebieskie, zielone… Niektóre pokrył kurz. Zbaczam z głównej drogi i idę wzdłuż rzeki. Tafla wody, zmącona falami, odbija otoczenie jak w zaczarowanym lustrze. Pobliskie kamienice, pomimo utraty swojej dawnej świetności, zatrzymały czas. Zachowując resztki wyniosłości, oczekują zmierzchu. W oddali wyłania się biały gmach opery. Zanim wypełni się gamą dźwięków dzień ustąpi wieczorowi.

Zmrok, skąpany w żółtym świetle latarń, pochłania detale, wyłaniając samą formę. Niestaranne graffiti bledną, łącząc się z fakturą budynków. Za to ukazują się na nich inne, staranniejsze, dzieła. Jest ich niewiele, lecz przez tę unikatowość dają do myślenia. Co autor miał na myśli? Pozostaje mi tylko spekulować.

Sklepy zostają zamknięte, tylko blade neony, wysłużone tabliczki i resztki wystaw przypominają o dziennym gwarze i ludzkiej pracy. Kawiarnie zapełniają się rzeszą gości, którzy znaleźli chwilę czasu, aby odpocząć. Miasto nabiera swoistego spokoju, otacza się tajemniczością, mistycyzmem. Zegar na wieży leniwie przesuwa wskazówki, odmierzając godziny do kolejnego świtu. Wiatr unosi liście, które w ulicznym blasku lśnią niczym gwiazdy. Czerń nieba, płótno dla miasta, czeka, aż pokoloruję tę noc swoimi barwami. Przystaję, zapatruję się półmrok i zaczynam doceniać piękno dookoła. Wiem, że sen będzie oczekiwaniem, a następnego ranka znów wyruszę na podziwianie miejskiego spektaklu.

ID wpisu: e460007 / trackback 8 komentarzy
Wcześniejsze wpisy